naglowek
 
Wszelkie komentarze
 
   

Prawa obywatelskie a problem bezpieczeństwa

Fot. Jan Zych

  Już w 1993 r., a więc zaledwie kilka lat po odzyskaniu wolności, ks. prof. Józef Tischner w zdaniu otwierającym zbiór esejów pod znamiennym tytułem "Nieszczęsny dar wolności" pytał: "Czy nie stajemy się dziś ofiarami nowego, nie znanego nam dotąd lęku - lęku przed wolnością?". Kilka wierszy dalej znajdujemy odpowiedź: "Może się mylę, ale często - bardzo często - widzę, jak nasz lęk przed wolnością staje się większy niż lęk przed przemocą".

  Ks. prof. Tischner nie mylił się, a następne lata polskiej transformacji, niestety, nie tylko potwierdziły zjawisko lęku przed wolnością, ale go w znaczący sposób pogłębiły, zmieniając lęk przed przemocą nierzadko w oczekiwanie na nią i jej aprobatę. To ostatnie twierdzenie może w pierwszym momencie szokować. Jest jednak prawdziwe. Coraz bardziej tęsknimy za silną władzą; za władzą, która wprowadzi porządek, zwiększy nasze poczucie bezpieczeństwa, tym samym aprobujemy ograniczenie wolności i to w stopniu, który nie odbiega wiele od stanu z taką odwagą i determinacją zwalczanego w czasach
PRL-u.

Ciężar odpowiedzialności

  Zastanówmy się nad źródłami lęku przed wolnością. Wolność była zawsze, szczególnie przez nasz Naród, postrzegana jako najwyższa wartość. To prawda, że w większym stopniu utożsamiano ją z niepodległością, a więc z wolnością zbiorową, jako Narodu, i możliwością suwerennego tworzenia państwa, ale po II wojnie światowej coraz silniej występowało żądanie przywrócenia wolności jednostce. Powstanie "Solidarności" w 1980 r., poza jednoznacznym nurtem niepodległościowym, było związane już wyraźnie z walką o wolność i prawa człowieka jako wynikające z jego przyrodzonej i niezbywalnej godności.

  Dążeniom do odzyskania wolności indywidualnej i poszanowania praw jednostki nie towarzyszyła, w dostatecznej mierze, dążność do pogłębienia w społeczeństwie, w świadomości poszczególnych osób troski o dobro wspólne. Z odzyskaniem w 1989 r. wolności nie łączyło się uświadomienie sobie odpowiedzialności za dobro wspólnoty - nie ograniczanej jedynie do rodziny - w której się żyje, za dobro swojej miejscowości, gminy, małej ojczyzny, za dobro Polski. W zbyt małym stopniu skojarzono wolność z odpowiedzialnością, prawa człowieka i obywatela z jego obowiązkami wobec drugiego człowieka i wspólnoty. Lęk przed wolnością, o którym pisał ks. prof. Tischner, to w istocie rzeczy lęk przed odpowiedzialnością; to chęć ograniczenia, pozbycia się jej dużej części. Musimy zrozumieć, że między wolnością i odpowiedzialnością zachodzi równowaga, a raczej sprzężenie zwrotne. Im więcej wolności, tym więcej odpowiedzialności i odwrotnie. Przerzucanie części odpowiedzialności na kogoś innego, np. na organy władzy, musi się łączyć z ograniczeniem wolności.

  Wolność, oczywiście, nie może być nigdy absolutna. Taka sytuacja prowadziłaby do chaosu i tym samym do likwidacji tej wartości. Gdyby sparafrazować popularne przed kilku laty, ale nie najmądrzejsze hasło: "Róbta, co chceta" i zastosować je do ruchu drogowego - "Jedźta, jak chceta", to komunikacja byłby sparaliżowana i zostalibyśmy pozbawieni możliwości poruszania się pojazdami mechanicznymi. Na tym odcinku ludzkiej aktywności utracilibyśmy naszą wolność. Ograniczenia wolności są niezbędne ze względu na troskę o dobro wspólne i konieczność przestrzegania praw drugiej osoby.

  Pytanie, które się nasuwa w tym kontekście, sprowadza się do tego: ile wolności można bezpiecznie oddać, płacąc za zwolnienie się z części odpowiedzialności? Ile odpowiedzialności musimy pozostawić, aby nie dopuścić do zniewolenia?

  Źródłem wolności i praw człowieka, jak stanowi to nasza Konstytucja w art. 30, jest jego przyrodzona i niezbywalna godność. Można więc próbować odpowiedzieć na postawione pytanie następująco: mogę zrezygnować tylko z takiej części wolności, która jest niezbędna dla troski o dobro wspólne. Pozostawiona mi wolność musi być wystarczająca, tak abym w stosunkach z władzą i osobami fizycznymi lub prawnymi był traktowany podmiotowo. Przedmiotowe traktowanie sprzeciwiałoby się bowiem mojej przyrodzonej i niezbywalnej godności. Z takiego koniecznego quantum wolności nie wolno mi zrezygnować. Z odpowiedniego też quantum odpowiedzialności zwolnić się ze względu na konieczność ochrony mojej podmiotowości po prostu nie mogę.

Bezpieczne państwo

  Zderzenie praw człowieka i praw obywatelskich z koniecznością ochrony bezpieczeństwa jako zadaniem państwa w stosunku do obywateli nabrało szczególnego znaczenia po zamachach terrorystycznych, do których doszło 11 września 2001 r. w Stanach Zjednoczonych. Dzisiaj walka z terroryzmem stała się problemem o fundamentalnym znaczeniu i o globalnym zasięgu. Powstaje jednak dylemat: jak daleko może się posunąć państwo lub społeczność międzynarodowa w ograniczaniu praw człowieka lub praw obywatelskich ze względu na konieczność obrony przed terroryzmem? Praktyczności tego pytania doświadczamy na co dzień, podlegając wzmożonym kontrolom na lotniskach lub przy wchodzeniu do obiektów użyteczności publicznej. Przed tym dylematem stoimy, gdy zastanawiamy się, czy Stany Zjednoczone nie naruszają podstawowych praw człowieka, przetrzymując setki podejrzanych o terroryzm bez statusu jeńców wojennych i bez procesu sądowego. Jesteśmy zaszokowani informacjami o stosowaniu tortur wobec osób zatrzymanych w Iraku, ale czy tylko w Iraku i czy ci, którzy stosowali tortury, nie czuli się do tego skłaniani przez przełożonych?

  W tym kontekście rodzi się zasadnicze pytanie: czy państwo może się powołać, ograniczając lub znosząc prawa człowieka, na stan wyższej konieczności? Niewątpliwie mamy w takim przypadku do czynienia z konfliktem dóbr i wartości, z jednej strony - z prawami człowieka, które każde państwo jest zobowiązane szanować, a z drugiej strony - z bezpieczeństwem zbiorowym i indywidualnym obywateli, które każde państwo zobowiązane jest chronić. Czy jednak generalne powołanie się w takich sytuacjach na stan wyższej konieczności może usprawiedliwiać łamanie praw człowieka i to czasami o charakterze fundamentalnym? Jak ocenić prawo, które zezwala na wydanie jednostkom powietrznym rozkazu zestrzelenia samolotu pasażerskiego, co do którego jest uzasadnione podejrzenie, że zostanie użyty jako środek aktu terrorystycznego? Jak daleko ma sięgać prawo państwa do poświęcenia życia określonej grupy ludzi w celu ratowania innych ludzi, prawdopodobnie znacznie liczniejszej grupy. Czy stosunek liczby osób poświęconych do liczby osób, którym chce się zapewnić bezpieczeństwo, ma w takim przypadku jakiekolwiek znaczenie? Czy nie są tu konieczne generalne normy, określające standardy postępowania w sytuacji konfliktowej? Czy państwo samo ma arbitralnie rozstrzygać, czy faktycznie zachodzi konflikt wartości i w jakim zakresie konflikt ten ma usprawiedliwiać poświęcenie jednego z kolidujących ze sobą dóbr?

  Nie są to problemy ani wydumane, ani związane jedynie z terroryzmem. Przed kilku laty, w czasie wielkiej powodzi władze musiały zdecydować, czy należy wysadzić wał przeciwpowodziowy - zalewając tym samym najbliższe zabudowania mieszkalne i gospodarcze, ale ratując przed katastrofą znacznie większy, gęsto zabudowany obszar - czy tego robić nie wolno. Są to pytania dramatyczne i, niestety, aktualne.

Nie byłoby dobrze, gdyby poszczególne państwa same wyznaczały kryteria oceny własnego postępowania, gdyby stawiały się poza jakąkolwiek kontrolą ponadpaństwową. Wiele można zarzucić wiekowi XX, ale to stulecie, wzbogacone o doświadczenia totalitaryzmu, dopracowało się systemów kontroli międzynarodowej także w zakresie przestrzegania praw człowieka.

Prawo do ograniczania jednostki

  Czy możemy się więc oprzeć na normach prawa międzynarodowego, pozwalających na rozstrzyganie opisanego konfliktu wartości i dóbr, czy możemy wskazać normy prawa międzynarodowego, usprawiedliwiające ograniczenie lub nawet zniesienie określonych wolności i praw człowieka ze względu na konieczność zapewnienia przez państwo bezpieczeństwa zbiorowego lub indywidualnego, np. w sytuacji terroryzmu politycznego? Powołam się tylko na "Międzynarodowy pakt praw obywatelskich i politycznych" z 19 grudnia 1966 r. Szczególnie art. 4 zawiera istotne z punktu widzenia tej refleksji postanowienia:

  "1. W przypadku gdy wyjątkowe niebezpieczeństwo publiczne zagraża istnieniu narodu i zostało ono urzędowo ogłoszone, Państwa Strony niniejszego Paktu mogą podjąć kroki mające na celu zawieszenie stosowania zobowiązań wynikających z niniejszego Paktu w zakresie ściśle odpowiadającym wymogom sytuacji, pod warunkiem że kroki te nie są sprzeczne z innymi ich zobowiązaniami wynikającymi z prawa międzynarodowego i nie pociągają za sobą dyskryminacji wyłącznie z powodu rasy, koloru skóry, płci, języka, religii lub pochodzenia społecznego.

  2. Powyższe postanowienie nie upoważnia do zawieszenia stosowania postanowień artykułów 6, 7, 8 (ustępy 1 i 2), 11, 15, 16 i 18.

  3. Każde z Państw Stron niniejszego Paktu, korzystające z prawa do zawieszenia stosowania zobowiązań, poinformuje natychmiast pozostałe Państwa Strony niniejszego Paktu, za pośrednictwem sekretarza generalnego Organizacji Narodów Zjednoczonych, jakie postanowienia Paktu zostały zawieszone oraz jakie były tego powody. Następnie Państwo to zawiadomi tą samą drogą o terminie, w którym zawieszenie przestaje obowiązywać".

  Artykuł 4 paktu zakłada pierwotność wynikających z godności człowieka wolności i praw, których państwo jest zobowiązane przestrzegać. Wyjątkowo, gdy zachodzą okoliczności zagrażające bezpieczeństwu narodu, możliwe jest zawieszenie tych wolności i praw, jednak art. 4 wprowadza istotne ograniczenia. Zawieszenie wolności i praw nie może prowadzić do dyskryminacji wyłącznie z powodu rasy, koloru skóry, płci, języka, religii lub pochodzenia społecznego, a jego skala powinna być adekwatna do stopnia zagrożenia. Najistotniejsze jest jednak to, że państwo nie jest upoważnione w żadnych okolicznościach do zawieszenia ochrony wymienionych wyraźnie w art. 4 ust. 2 wolności i praw. Z naszego punktu widzenia najważniejsze są trzy postanowienia.

  Prawem, które w żadnym przypadku nie podlega zawieszeniu, jest przyrodzone każdej istocie ludzkiej prawo do życia, wykluczające możliwość samowolnego pozbawienia życia. Wyprowadzenie tego prawa z przyrodzonej i niezbywalnej godności człowieka nakazuje traktować każde indywidualne życie jako najwyższą wartość.

  Bez względu na okoliczności pakt wprowadza zakaz stosowania tortur lub okrutnego, nieludzkiego albo poniżającego traktowania czy karania. Mamy do czynienia z jednoznacznym i powtarzanym także w innych aktach prawa międzynarodowego, bezwzględnym ograniczeniem władzy państwowej. Zakaz ten obowiązuje bez względu na wartość, jaką dla bezpieczeństwa zbiorowego lub indywidualnego miałaby informacja uzyskana za pomocą tortur. Dał temu wyraz SN Izraela w wyroku z września 2001 r., uznając za bezprawne stosowanie tortur wobec przesłuchiwanych terrorystów palestyńskich, nawet w sytuacji, kiedy mogłoby to zapobiec kolejnym zamachom.

  Warto jeszcze powołać się na "Konwencję w sprawie zakazu stosowania tortur oraz innego okrutnego, nieludzkiego lub poniżającego traktowania albo karania" podpisaną przez ONZ w Nowym Jorku 10 grudnia 1984 r. W art. 2 ust. 2 czytamy: "Żadne okoliczności wyjątkowe takie, jak: stan wojny, groźba wojny, brak wewnętrznej stabilizacji politycznej lub jakakolwiek inna sytuacja wyjątkowa, nie mogą stanowić usprawiedliwienia dla stosowania tortur".

  Prawo międzynarodowe daje nam wyraźną odpowiedź na pytanie o granice możliwości rozwiązania konfliktu pomiędzy wolnością i prawami indywidualnego człowieka a ciążącym na państwie obowiązkiem zapewnienia ochrony bezpieczeństwa zbiorowego lub indywidualnego; daje nam odpowiedź, w jaki sposób są zakreślone granice stanu wyższej konieczności jako okoliczności usprawiedliwiającej naruszenie praw człowieka.

Nie tylko w stanach nadzwyczajnych

  Konflikt pomiędzy wynikającą z przyrodzonej i niezbywalnej godności człowieka ochroną jego wolności i praw a potrzebą zapewnienia bezpieczeństwa zbiorowego i indywidualnego nie jest tylko funkcją stanów nadzwyczajnych. Musi być rozstrzygany na co dzień, np. przy określaniu założeń polityki karnej.

  Nadal przemawiają do świadomości społecznej hasła wyrażane przez niektórych polityków o konieczności bezwzględnego, surowego karania wszystkich przestępców, najlepiej poprzez stosowanie długoletnich kar pozbawienia wolności. Jedynie ta droga, zdaniem niektórych polityków, bo już raczej nie specjalistów prawa karnego, jest w stanie uchronić porządnych obywateli przed tym, że staną się ofiarą przestępstwa. Kara ma swoją surowością odstraszać potencjalnych sprawców. Zwolennicy tego kierunku polityki karnej, nastawionej na surową represję, domagają się także uproszczenia procedury karnej przede wszystkim przez obniżenie poziomu gwarancji przysługujących oskarżonemu. Przypomnę tylko lansowany w 1997 r. projekt ustawy, przewidujący przywrócenie kary śmierci i stosowanie jej nawet wobec osób 16-letnich, a także wprowadzenie trybu doraźnego i znaczne ograniczenie prawa do obrony. Rozważmy spokojnie tego typu propozycje.

  Można, oczywiście, domagać się surowych, długoterminowych kar pozbawienia wolności. Można nawet zgodzić się do pewnego stopnia ze stwierdzeniem, że długotrwała eliminacja skazanych wpłynie na polepszenie bezpieczeństwa "porządnych obywateli". Można, a nawet należy domagać się nietolerancji dla naruszania prawa. Trzeba mieć jednak na względzie polskie realia i zastanowić się, jakie założenia walki z przestępczością mogą przynieść najlepsze efekty, jakie założenia polityki kryminalnej będą najmniej szkodliwe, a więc optymalne pod względem ekonomicznym.

  Obecnie w Polsce jest pozbawionych wolności 82 tys. osób. Przebywają one w zakładach karnych, które zgodnie z minimami międzynarodowymi, obowiązującymi również w naszym kraju oraz normami przyjętymi przez polski kodeks karny wykonawczy mogą pomieścić jedynie 69 tys. osób i to po dostosowaniu do potrzeb mieszkalnych świetlic, korytarzy, a nawet kaplic więziennych. W polskich więzieniach przebywa więc obecnie około 13 tys. osób więcej niż wynosi dopuszczalny stan. Bardziej niepokojące jest jednak to, że w Polsce nie przebywa w zakładach karnych około 34 tys. osób, wobec których sądy orzekły prawomocnie karę pozbawienia wolności i których nie ma gdzie osadzić, więc mogą sobie kpić z wymiaru sprawiedliwości. Jeżeli chce się utrzymać, uznawaną przez niektórych polityków za zbyt liberalną, dzisiejszą politykę karną, to należy szybko wybudować zakłady karne z prawie 45 tys. miejsc. Jest to koszt około 5 mld zł. Do tego trzeba dodać opłaty na utrzymanie 45 tys. więźniów - około 1500 zł miesięcznie - co daje rocznie dodatkowo kwotę przewyższającą 800 mln zł. Tego nie wytrzyma nasz budżet. Jeżeli teraz żąda się zaostrzenia odpowiedzialności karnej, to należy podane wartości odpowiednio zwiększyć. Trzeba pamiętać także o tym, że w Polsce mamy bardzo małą wykrywalność przestępstw i ich sprawców. Jeżeli poprawi się praca policji, a tego sobie wszyscy życzymy, trzeba będzie i to uwzględnić w obliczeniach. Widać już, że nie tędy droga. Tylko ze względów ekonomicznych domaganie się zaostrzenia polityki karnej może przynieść poważne szkody i wcale nie zagwarantuje spodziewanych efektów.

  Żądanie surowych, odstraszających kar jest rozwiązaniem budzącym wątpliwości nie tylko z punktu widzenia spodziewanych efektów i kosztów, ale przede wszystkim z punktu widzenia omawianego konfliktu pomiędzy prawami człowieka a potrzebą ochrony bezpieczeństwa. Jeżeli wymierzona kara ma swoją surowością odstraszać, to tym samym ukarany człowiek jest traktowany przedmiotowo. Jego przykład ma bowiem służyć jako narzędzie oddziaływania na świadomość innych osób, ma ich powstrzymać przed popełnieniem podobnych czynów. Jest to sprzeczne z obowiązkiem traktowania każdego człowieka podmiotowo. Przedmiotowe traktowanie skazanego narusza jego przyrodzoną i niezbywalną godność. Aby zapewnić bezpieczeństwo zbiorowe lub indywidualne, nie możemy deptać godności osoby skazywanej, traktując jej przypadek jako odstraszający przykład dla potencjalnych przestępców.

  Nie można się również zgodzić z tymi, którzy skuteczność walki z przestępczością widzą w znacznym osłabieniu funkcji gwarancyjnej prawa karnego i procedury karnej. Niewątpliwie z punktu widzenia możliwości zapewnienia przez państwo bezpieczeństwa zbiorowego i indywidualnego byłby przydatny przepis zezwalający na surowe karanie każdego, kto narusza zasady współżycia społecznego. To też nie jest abstrakcja. Tak sformułowane przepisy obowiązywały jeszcze nie tak dawno w niektórych państwach europejskich.

  Przyjęte w procedurze karnej gwarancje nie mają służyć, jak to niektórzy w sposób populistyczny twierdzą, ochronie przestępcy. One służą właśnie "porządnemu obywatelowi", żeby nie stał się ofiarą wymiaru sprawiedliwości, a raczej ofiarą przemocy państwowej; żeby nie został uznany za przestępcę. Przyspieszone postępowanie, ograniczanie prawa do obrony musi się wiązać z niebezpieczeństwem pomyłek sądowych, pociągnięcia do odpowiedzialności karnej osoby, która nie jest w ogóle sprawcą przestępstwa albo jest sprawcą przestępstwa mniej szkodliwego niż to, o jakie została oskarżona.

  W Polsce obecnie konieczne jest rozwinięcie programów probacyjnych, tzn. programów postępowania z osobami, które zostały skazane za drobne i średnie przestępstwa, ale pozostają na wolności. W więzieniach powinni przebywać tylko ci, którzy są niebezpieczni dla obywateli. Przetrzymywanie tak wielu osób w zakładach karnych powoduje ich demoralizację, rodzi rzeczywiste niebezpieczeństwo dla porządku prawnego i dla obywateli ze strony osób osadzonych, gdy zostaną zwolnione. Postępowanie, w którym szanuje się godność osoby przestępcy, traktuje go podmiotowo, ale konsekwentnie, w lepszym stopniu zapewnia bezpieczeństwo zbiorowe i indywidualne obywateli, chroni ich przed przestępczością. Postępowanie to powinno przede wszystkim prowadzić do jednoznacznego potępienia czynu i do stworzenia szansy resocjalizacji jego sprawcy.

  Problem konfliktu pomiędzy prawem obywatelskim a bezpieczeństwem znajduje wyraz w wielu sferach codziennego życia. Obywatele muszą być czujni, aby pod pretekstem zwiększenia ochrony bezpieczeństwa nie doszło do radykalnego zmniejszenia kontroli nad władzą i tym samym do likwidacji społeczeństwa obywatelskiego.

  Rozwój społeczny powinien przede wszystkim polegać na wyrabianiu w sobie poczucia odpowiedzialności za dobro wspólne. Wzmocnienie tego poczucia ograniczy nasz lęk przed wolnością, wzmocni nasz sprzeciw wobec przemocy i to nie tylko tej stosowanej przez terrorystę lub przestępcę, ale także przez państwo; przemocy, która likwidując naszą wolność, jest skierowana przeciwko naszej przyrodzonej i niezbywalnej godności.

Andrzej Zoll

Andrzej Zoll - prawnik, zastępca przewodniczącego Państwowej Komisji Wyborczej w 1989 r., w latach 1990-1993 r. jej przewodniczący; sędzia Trybunału Konstytucyjnego (1989-1997, od 1993 - prezes); rzecznik praw obywatelskich (2000-2006); profesor zwyczajny i kierownik Katedry Prawa Karnego Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 1989 r. uczestniczył w rozmowach "okrągłego stołu" jako ekspert prawny "Solidarności". Jest członkiem Komitetu Etyki w Nauce PAN, Wydziału Historyczno-Filozoficznego PAU, Akademii Nauki i Sztuki w Salzburgu, Polskiego PEN-Clubu, dr h.c. Uniwersytetu w Moguncji, Uniwersytetu w Wilnie, Akademii Medycznej we Wrocławiu. Autor ponad 200 publikacji z zakresu prawa karnego i konstytucyjnego, filozofii prawa. Współtworzył polski kodeks karny w 1997 r.


Kres dożywiania na PK?

  Jeszcze przed wakacjami władze uczelni na wniosek kanclerza PK (?) umyśliły poprawić kondycję fizyczną studentów i pracowników, tj. zadbać o ich figury. Ni mniej, ni więcej stwierdzono, że czynsze lokali usługowych, mieszczących się na terenie uczelni i w jej budynkach są zdecydowanie za małe w porównaniu z czynszami, jakie egzekwuje się w starym Krakowie. Prowadzi to do radykalnej podwyżki - co z kolei albo "zachęci" ajentów barów i klubów, w których dotychczas dożywiała się brać studencka i pracownicza, do podniesienia marż (czyli cen), albo skłoni ich do rezygnacji z dzierżawy posiadanych lokali!

Fot. Jan Kurek

  Nie dość więc, że od kilku ładnych lat dożywała swoich dni słynna na cały Kraków ze smacznych i tanich obiadów politechniczna stołówka, do której po transformacjach ustrojowych nagle nie miał kto dopłacać, ale nagle to, co funkcjonowało w miarę normalnie i miało stałą klientelę, stanęło przed perspektywą likwidacji!

  Nie wiem, na jakie zyski liczą sternicy nawy uczelnianej, ale można być pewnym, że takie decyzje nie poprawią raczej jakości oferowanych potraw, a jedynie podniosą ich ceny. Pewnie, że mniej jedząc, będziemy szczuplejsi, ale czy nie przypomina to logiki dorożkarza, który chcąc zaoszczędzić, stopniowo zmniejszał racje żywnościowe swojego konia. I wszystko szło w dobrym kierunku, gdyby nie to, że w końcu szkapa zdechła...

  Wydaje się, że nawet jeśli gdzieniegdzie było mniej smacznie lub nieco drożej, to przecież podniesienie kosztów stałych sytuacji nie poprawi, chyba że chodzi o coś zupełnie innego... Tylko o co?

  Nie chciałbym być złym prorokiem, ale już kilka lat temu "wykrakałem" koniec Galerii GIL - "Panie, komu to przeszkadzało?..." i bardzo bym nie chciał "wyskakiwać" na obiad na Rynek lub do Galerii Krakowskiej.

Jan Kurek

 


© Nasza Politechnika 2004
Bieżący numer
wszelkie komentarze